Sposoby dostawy i płatności:
  • Poczta Polska
  • Przesyłka kurierska
  • Paczkomat InPost
  • Przelew na konto
  • Tpay.com (płatność on-line)
  • PayPal (płatność on-line)
 

Fragment powieści

Zachęcamy do przeczytania fragmentu powieści. Mamy nadzieję, że poniższy wyjątek zachęci Cię do zakupu książki. Przyjemnej lektury!

Witold Jabłoński i Sławomir Folkman

*  *  *

Krew trysnęła wartką strugą z rozciętej tętnicy na szyi Ernsta i zalała nie tylko obu walczących, ale także ściany i posadzkę krużganku oraz spękane schody, po których spływała istną kaskadą. Voss próbował ją zatamować zwiniętym w kłębek skrawkiem płótna, lecz jego wysiłki były daremne, bo Ernst ciągle krwawił i krwawił. Voss miotał się nad nim bezradnie, brodząc w purpurowej posoce najpierw po kostki, potem po kolana… Szkarłatny przypływ zdawał się pogrążać cały zamek w morzu krwi, zatapiając wszystko i wszystkich. Z niewiadomej dali dobiegały do uszu Vossa rozpaczliwe krzyki tonących, Klaudii i Andreasa. Nie mógł im pomóc, niezdolny się poruszyć, oblewany lepką, gorącą kipielą, która sięgała już ust i nozdrzy… Zdawał sobie sprawę, że to zasłużony koniec dla zbrodniarza, jakim mimowolnie się stał, lecz nie mógł zrozumieć, dlaczego przez niego cierpią także niewinni. Czyżby rodzeństwo również ponosiło winę za śmierć Ernsta? W końcu wszyscy uczestniczyli w tej miłosnej intrydze, finezyjnym marivaudage, pełnym słownych gierek, zalotnych spojrzeń, półsłówek, półuśmiechów i zaskakujących zwrotów akcji z nieoczekiwanie tragicznym finałem. Myśli owe błądziły mu po głowie niejasno i nie miał czasu ich sobie uporządkować, skoro tonął wraz z przyjaciółmi i całym zamkiem Frankenstein w kipiącej krwawej powodzi…

Taki właśnie upiorny sen dołączył ostatnio do nękających go dotąd koszmarów i był chyba najgorszy z nich, przesycony bowiem poczuciem winy. Chciał wprawdzie przytrzeć nosa nadętemu Prusakowi i ośmieszyć go w oczach Klaudii, ale w żadnym wypadku nie życzył mu śmierci. Moment, w którym życie Ernsta przeciął sztych szpady, prześladował go zresztą także na jawie. Ilekroć przymknął powieki, pojawiała się wizja bluzgającego krwią chłopaka, a w uszach zdawały się brzmieć ostatnie słowa zmarłego: „Tylko draśnięcie…”. Choć wystarczyło potrząsnąć głową i skupić się na codziennych sprawach, by odegnać niechciane wspomnienie, Voss lękał się, że ono już nigdy go nie opuści. Otaczający ludzie, zwłaszcza służba, zachowywali się wobec niego z uprzedzającą grzecznością, nie mógł jednak nie wyczuć lęku czającego się na dnie ich spojrzeń i słów. Czuł się, jakby nosił na czole krwawe piętno albo napis „morderca”. To sprawiło, że zaczął unikać ludzi i kryć się w cieniu niczym prawdziwy zbrodniarz.

Z książek ciotki Estery dowiedział się, że dusza zabitego może prześladować zabójcę dopóty, dopóki sprawca zbrodni nie pokaja się, odprawiając odpowiedni rytuał oczyszczający. Uznał, że nie zaszkodzi spróbować. Namówił do udziału w tym obrzędzie Andreasa, który wprawdzie bał się kontaktu ze światem zjawisk nadprzyrodzonych, ale w sumie zgodził się bez większych oporów. Mimo iż Ernst był „przyjacielem” wątpliwej wartości, który przy lada okazji wyśmiewał go i upokarzał, zarzucając mu słabość i zniewieściałość, wrażliwemu młodzieńcowi trudno było pogodzić się z jego odejściem. Jeśli zaś teraz czegoś się obawiał, to właśnie duchowej konfrontacji ze swoim dręczycielem, choć sam miał poczucie, iż należy w jakiś sposób ostatecznie pożegnać zmarłego tragicznie Ernsta i tym samym odciąć się od niezbyt chlubnej, nie zawsze miło wspominanej przeszłości. Voss nie musiał go zatem długo namawiać, co jasno dowiodło, że tragiczny pojedynek nie naruszył w żaden istotny sposób ich coraz mocniejszej więzi, jaka może łączyć tylko prawdziwych przyjaciół. […]

Ruiny zamku, osrebrzone księżycową poświatą, zdawały się doskonałą scenerią dla dokonania obrzędu. Andreas zgłosił wcześniej wątpliwość, czy aby nie powinni uczynić tego przy grobowcu, w którym pochowano Ernsta, Voss jednak stwierdził stanowczo, że według jego wiedzy na temat nekromancji dusze tych, co zmarli gwałtowną śmiercią, znacznie bardziej przyciąga miejsce, w którym padł zabity, zwłaszcza jeśli przelana została krew. Czemu tak bardzo łaknęły krwi, pozostawało jak dotychczas niedocieczoną tajemnicą.

Na wiodących na krużganek stopniach wielka rdzawa plama wydawała się wciąż w miarę świeża, choć od owego rozlewu krwi minęło już parę tygodni. Voss mimowolnie zadrżał na jej widok, lecz zaraz się opanował, zdając sobie sprawę, iż musi pokonać własny lęk i zmierzyć się ze słabością. Skoro je przezwycięży, nic nie zdoła go złamać.

Spotkali się przed północą. Voss przyniósł trzy srebrne lichtarze, te same, które użyte zostały podczas pokazu „mocy” Madame Very, albowiem według wskazówek dawnych nekromantów potrójne światło miało ponoć zdolność przywoływania duchów. Drżącymi dłońmi zapalił świece za pomocą krzesiwa i hubki. Noc była prawie bezwietrzna, toteż szybko zapłonęły jasno i równo. Wpatrując się w nie, ujął zimne dłonie dygoczącego z przejęcia Andreasa, by przepłynęła przez nich duchowa moc przywołująca istoty z innego świata, jak twierdziła Madame Vera. Jej zaleceniom wprawdzie nie ufał do końca, po tym, co się zdarzyło, widział w nich jednak pewien sens, zaczął więc inkantację lekko drżącym głosem:

— Wzywam cię, Ernście von Schlabrendorfie! Przybądź z własnej woli i ofiaruj nam spokój, przynieś ukojenie naszym znękanym sercom!

— Przyjdź do nas, Ernście — wtórował mu cicho i dość niepewnie Andreas.

Po tym zapadła głucha cisza i dłuższą chwilę nic się nie działo. Voss wsłuchiwał się w nią z tak natężoną uwagą, iż zdawało mu się nawet, że słyszy trzepotanie skrzydeł nietoperzy pod zamkowym sklepieniem i niemal bezszelestny lot sowy, która po chwili odezwała się z wieży przeciągłym zawołaniem, które zabrzmiało dla nich jak: „Przyjdź, przyyyjdź!”. Gdzieś w pobliżu zawył jakiś pies, a może wilk czczący ciemność i pełnię księżyca. Nic jednak poza tym się nie wydarzyło, chociaż nocna pora i zew natury wydawały się sprzyjać zamierzeniom domorosłych nekromantów.

Powtórzyli te przywołania kilka razy, ale Voss nie miał nawet najlżejszego wrażenia czyjejś niewidzialnej obecności, a już szczególnie zjawy zabitego. Wyglądało na to, że ich zabiegi poniosły fiasko. Mimo to nie poddawał się jeszcze.

— Czy jesteś z nami? — zapytał niepewnym tonem.

Cisza. Brak odpowiedzi. Zaczął już wątpić w powodzenie i sens owych działań, gdy nagły podmuch wiatru zdmuchnął płomyki świec, pogrążając młodzieńców w całkowitych ciemnościach. Andreas jęknął cicho, ściskając mocniej dłonie przyjaciela.

— To on? Ernst? — wyszeptał cichutko, z trudem wydobywając głos z zaciśniętego gardła.

— Jeśli tu jesteś — podjął Voss, nie do końca pewien, czy istotnie mają do czynienia ze zjawiskiem nadprzyrodzonym — wybacz mi, że przeciąłem nić twego żywota i przyjmij mą krew jako zadośćuczynienie.

Puścił dłonie Andreasa, po czym małym lancetem, który specjalnie przyniósł, utoczył z serdecznego palca lewej dłoni kropelkę krwi, która leniwie skapnęła na ziemię.

Znowu jedyną odpowiedzią była cisza. Daremnie czekali na cokolwiek, coraz mocniej drżąc od przenikliwego nocnego chłodu.

— Przyjmij ofiarę i odejdź w spokoju — kontynuował mimo wszystko Voss, czując że musi to jakoś zakończyć, zwłaszcza mając na względzie słabe nerwy nadwrażliwego Andreasa. — Odejdź! — powtórzył po chwili z determinacją.

Wówczas sowa złowieszczo zahukała i sfrunęła z zamkowej wieży, znikając w ciemnościach.

Chłopcy odetchnęli z ulgą, jakby sprawa się dokonała, choć obaj nie byli pewni, czy wszystko odbyło się tak, jak powinno.

Jakiś czas siedzieli w ciemnościach nieruchomi, milczący, rozważając, czego doświadczyli przed chwilą.

— Myślisz, że był tu Ernst? — spytał w końcu nieśmiało Andreas. — Czy ta sowa była jego heroldem?

Voss czuł pustkę w duszy i coś na kształt niespełnienia, odpowiedział zatem ostrożnie:

— Nie wiem, czy jego cień odpowiedział na nasze wezwanie. Nie wyczuwałem żadnej nadnaturalnej obecności, jak zdarzyło mi się tamtej nocy na schodach, gdy zmarł mój ojciec. A sowa pewnie tu mieszka i chyba nie było w tym żadnej metafizyki — ocenił.

— Jesteś pewien?

— Niczego nie jestem pewien — odpowiedział szczerze. — Być może nie mam takich zdolności albo zrobiłem coś nie tak, jak należało, ale teraz wydaje mi się, że cały ten obrzęd to zwykła dziecinada, wypełniona pobożnymi życzeniami i zwykłą ludzką próżnością. Łudziłem się po tym, jak wyczułem tamtą obecność, być może obecność ojca, który przyszedł powiadomić nas o swym mordercy. I naprawdę chciałem, by okazało się to prawdą. Może zresztą i jest, ale tego się nigdy nie dowiemy. A przynajmniej ja. — Westchnął przeciągle. — Czas porzucić poetyckie bajania, jakich pełno w książkach ciotki Estery. By pojąć zagadkę życia i śmierci muszę zwrócić się ku nauce — dokończył kategorycznie.

— Do badań nad elektrycznością? — podchwycił domyślnie Andreas.

— Tak, gdyż sądzę, że kryje się w niej życiodajna siła. Pamiętasz, jak eksperymentowaliśmy z latawcem Franklina? Mówiłem wtedy, że aby wynaleźć cudowny sposób na pobudzenie iskry życia w umarłym ciele nie wystarczy butelka lejdejska. Rozpocząłem pracę nad odgromnikiem. Myślę o połączeniu doświadczeń Galvaniego z osiągnięciami księdza Diviša. Przestudiowałem jego dzieło i znalazłem w nim ciekawą sugestię.

— Jaką?

— Czeski uczony twierdził, że śmierć nie następuje wcale w chwili, gdy dusza opuszcza ciało, lecz w momencie wyczerpania się elektrycznego ognia, który kieruje żywym organizmem.

— Dość szczególny pogląd jak na katolickiego duchownego — zauważył zaskoczony Andreas. — Nic dziwnego, że miał kłopoty z kościelną cenzurą.

— Jak każdy światły umysł wybiegający poza ciasne ramy przesądów swoich czasów — podjął z zapałem Voss. — Coś podobnego twierdził właśnie Galvani, gdy pisał o „elektryczności zwierzęcej”. Nasz ksiądz Hozer z pewnością także nie pochwaliłby takich poglądów — rzucił żartobliwie, od niechcenia, bez specjalnego zamysłu.

W odpowiedzi usłyszał jedynie głębokie westchnienie. Nie mógł zobaczyć w mroku wyrazu twarzy Andreasa, domyślił się jednak, że niechcący poruszył w jego duszy jakąś bolesną strunę. Przypomniał sobie reakcję chłopaka na pamiętne spotkanie z księdzem, aby więc jakoś naprawić swój nietakt, skierował rozmowę na nieco inne tory.

— Nasz proboszcz to w ogóle paskudny typ — podjął, ważąc słowa. — Ma się za oświeconego, bo niby zwalcza ludowe przesądy, ale tak naprawdę to prowincjonalny ciemniak. Zwróciłeś uwagę, że na pogrzebie Ernsta wymawiał jego imię w dziwny sposób, jakby go nie cierpiał? Nawet ja to słyszałem. Sam za bardzo nie przepadałem za tym zarozumialcem i nie podobało mi się, jak ciebie traktuje, ale…

— Chodziły słuchy — szepnął Andreas — że jego protektor, hrabia Ludwik, zamierza wraz z całą rodziną przejść na protestantyzm.

— Nie słyszałem o tym, ale nawet jeśli jest w tym cień prawdy, w obliczu śmierci klecha mógłby wykrzesać z siebie nieco więcej współczucia… […]

— Sądzisz, że gdybyśmy wtedy dysponowali takim aparatem, moglibyśmy utrzymać przy życiu albo nawet ożywić Ernsta? — spytał cicho Andreas, tonem już znacznie spokojniejszym.

— Trudno orzec to z całą pewnością, skoro biedak stracił tak dużo krwi — odparł Voss w zadumie — ale wtedy moglibyśmy przynajmniej próbować… Teraz już niestety za późno — dodał z ubolewaniem. — Zbyt długo spoczywa w ziemi.

— To smutne… Podoba mi się jednak, że nie poddajesz się przeciwnościom losu i zawsze szukasz jakiegoś nowego rozwiązania — powiedział entuzjastycznie Andreas. — Bardzo chciałbym zobaczyć w działaniu tę twoją machinę.

— A zatem pomóż mi ją dokończyć i wypróbujemy ją przy pierwszej nadarzającej się okazji — oznajmił Voss z przekonaniem. — Najpierw jednak muszę pogłębić swoją wiedzę na temat funkcjonowania ludzkich i zwierzęcych organizmów.

W ruinach zapanowało tymczasem prawdziwie upiorne zimno, typowe dla posępnych jesiennych nocy. Chłopcy owinęli się więc w peleryny i podtrzymując się wzajemnie, opuścili zamek. Voss odprowadził Andreasa do domu w cieniu Krzywej Wieży, po czym udał się konno do siebie.